- Gdzie ciało komtura i brata Gotfryda? - spytał starzec.
- W kaplicy; księża śpiewają nad nimi litanie. - W trumnach już?
- W trumnach, jeno komtur głowę ma zakrytą, bo i czaszka, i twarz zmiażdżone.
- Gdzie inne trupy? i ranni?
- Trupy na śniegu, aby zesztywniały, zanim porobią trumny, a ranni opatrzeni już w szpitalu.
Zygfryd splótł powtórnie dłonie nad głową.
- I to jeden człowiek uczynił!... Duchu Światłości,miej w swej pieczy Zakon, gdy przyjdzie do wielkiej wojny z tym wilczym plemieniem!
Na to Rotgier podniósł wzrok w górę, jakby coś sobie przypominając, i rzekł:
- Słyszałem pod Wilnem, jako wójt sambijski mówił bratu swemu, mistrzowi: "Jeśli nie uczynisz wielkiej wojny i nie wytracisz ich tak, aby i imię nie zostało - tedy biada nam i naszemu narodowi: '
- Daj Bóg takową wojnę i spotkanie z nimi! rzekł jeden ze szlachetnych nowicjuszów.
Zygfryd spojrzał na niego przeciągle, jak gdyby miał ochotę powiedzieć: "Mogłeś dziś spotkać się z jednym z nich" - lecz widząc drobną i młodą postać nowicjusza, a może wspomniawszy, że i sam, choć sławion z odwagi, nie chciał iść na pewną zgubę, zaniechał wymówki i zapytał:
- Który z was widział Juranda? - Ja - odrzekł de Bergow.
- Żyje?
- Żyje, leży w tej samej sieci, w którąśmy go zaplątali. Gdy się ocknął, chcieli go knechci dobić, ale kapelan nie pozwolił.
- Dobić nie można. Człek to znaczny między swymi i byłby krzyk okrutny - odparł Zygfryd. - Niepodobna też będzie ukryć tego, co zaszło, gdyż zbyt wielu było świadków.