A on przechylił jeszcze bardziej głowę, podniósł lewe ramię i palcem wskazał na niebo.
Blask księżyca padał mu wprost na twarz, na białe włosy, na wykapane oczy, i było w tej twarzy takie męczeństwo, a zarazem takie jakieś niezmierne zdanie się na wolę Bożą, że wszystkim zdało się, iż widzą tylko duszę z cielesnych pęt wyzwoloną, która rozbratana raz na zawsze z ziemskim życiem niczego już w nim nie czeka i nie wygląda.
Więc znów nastało milczenie i znów słychać było tylko fale głosów słowiczych zalewających dziedziniec i izbę.
Ale Jagienkę ogarnęła nagle litość ogromna i jakby dziecięca miłość do tego nieszczęsnego starca, za, czym idąc za pierwszym popędem skoczyła ku niemu i chwyciwszy jego dłoń poczęła ją całować, a zarazem polewać łzami.
- I ja sierota! - zawołała z głębi wezbranego serca - ja nie pachołek żaden, jeno Jagienka ze Zgorzelic. Maćko mnie wziął, by mnie od złych ludzi uchronić, ale teraz ostanę z wami, póki wam Bóg Danusi nie wróci.
Jurand nie okazał nawet zdziwienia, jakby już wiedział poprzednio, że była dziewczyną, tylko przygarnął i przytulił ją do piersi, a ona całując wciąż jego dłoń mówiła dalej głosem przerywanym i łkającym:
- Ostanę z wami, a Danuśka wróci... To potem do Zgorzelic pojadę... Bóg nad sierotami! Niemcy i mnie tatusia zabiły, ale wasze kochanie żywie i wróci. Dajże to, Boże miłościwy, dajże, Matko Najświętsza, litościwa...
A ksiądz Kaleb ukląkł nagle i ozwał się uroczystym głosem:
- Kyrie elejson!
- Chryste elejson! - odpowiedział zaraz Czech i Tolima.
Wszyscy poklękali, bo zrozumieli, że to jest litania, jaką odmawiano nie tylko w chwili śmierci, lecz i dla wybawienia ze śmiertelnego niebezpieczeństwa osób bliskich i drogich. Klękła Jagienka, Jurand obsunął się z ławy na kolana i chórem poczęto mówić:
- Kyrie elejson! Chryste elejson!...
- Ojcze z nieba, Boże - zmiłuj się nad nami!...
- Synu Odkupicielu świata, Boże - zmiłuj się nad nami...
Głosy ludzkie i wołania błagalne: "Zmiłuj się nad nami!..." mieszały się z kląskaniem słowików.