-Chorągiew, dawaj chorągiew! - poczęto wołać.
Szandarowski poskoczył mu z pomocą.
-Zaniechać go! On wziął w moich oczach, niech ją samemu kasztelanowi odda.
-Jedzie kasztelan! jedzie! - ozwały się liczne głosy.
Jakoż z dala ozwały się wojenne krzywuły i na drodze od strony gródzi ukazała się cała chorągiew pędząca w skok ku plebanii. Była to chorągiew laudańska; na jej czele jechał sam pan Czarniecki. Dobiegłszy, widząc, iż wszystko już skończone, wstrzymali konie; żołnierze Szandarowskiego poczęli się sypać ku nim.
Poskoczył i Szandarowski z relacją do kasztelana, tak zaś był spracowany, że z początku tchu złapać nie mógł, bo i dygotał jak w febrze, i głos urywał mu się co chwila w gardzieli.
-Sam król był... nie wiem... jeżeli uszedł...
-Uszedł! uszedł! - ozwali się ci, którzy patrzyli na gonitwę.
-Chorągiew wzięta!... Trupa moc!
Czarniecki nie rzekłszy ni słowa posunął się z koniem ku pobojowisku, które okrutny i żałosny przedstawiało widok. Przeszło dwieście trupów szwedzkich i polskich leżało mostem, jeden tuż koło drugiego; często jeden na drugim... Niektórzy trzymali się za włosy, niektórzy poumierali gryząc się wzajemnie zębami lub szarpiąc się pazurami. A znów inni dzierżyli się jakoby w braterskim objęciu lub leżeli wsparci głowami na piersiach nieprzyjaciół. Wiele twarzy było tak stratowanych, że nie pozostało w nich nic człowieczego; te zaś, których nie zdruzgotały kopyta, oczy miały otwarte, pełne przerażenia, grozy bojowej, wściekłości... Krew chlupotała w rozmiękłej ziemi pod nogami kasztelańskiego konia, które wnet poczerwieniały wyżej pęcin; zapach krwi i potu końskiego drażnił nozdrza i tamował dech w piersiach.

NR: WJXZQVM WJKJYVM WJXVKZM WJGQYVM WJVYXQM