-Konia zaś jego poznałbyś?
-Koń też kary, z łysiną.
Na to Roch:
-Stajenny! pilnuj się mnie i pokaż mi go!
-Dobrze, panie! A prędko skoczym?...
-Zamknij gębę!
Tu umilkli i pan Roch modlić się począł do Najświętszej Panny, aby mu z Karolem spotkać się dozwoliła i prowadziła rękę w spotkaniu.
Chwilę jeszcze trwała cisza, wtem koń pod samym Szandarowskim parsknął okrutnie. Na to rajtar ze straży spojrzał, drgnął, jakby go coś podrzuciło w kulbace, i wypalił z pistoletu.
-Ałła! ałła!... Bij, morduj!... zabij!... Uha-u-bij! - rozległo się w olszynie.
I chorągiew, wypadłszy jak grom z cienia, runęła ku Szwedom.
Uderzyła w dym, nim zdołali się wszyscy do niej czołem zwrócić, i wnet poczęła się straszna rąbanina na szable tylko i rapiery, bo strzelać nikt nie miał czasu. W mgnieniu oka zepchnięto rajtarów na płot, który zwalił się z trzaskiem pod parciem zadów końskich, i poczęto ich sieć tak zapamiętale, iż stłoczyli się i zmieszali. Dwakroć próbowali się zewrzeć i dwakroć rozerwani utworzyli dwie osobne kupy, które w mgnieniu oka rozdzieliły się znowu na mniejsze, wreszcie rozsypały się jak ziarnka grochu, które chłop szuflą rzuci w powietrze.
Nagle rozległy się rozpaczliwe głosy:
-Król! król! Ratujcie króla!