-A nie widać posłów?
-Znać, że im radzi - odrzekł Wołodyjowski.
-Im radzi, ale mnie nieradzi, bo inaczej byłby pan marszałek swoich z odpowiedzią przysłał.
-Panie kasztelanie - rzekł Polanowski, który cieszył się wielkim zaufaniem wodza - po co się troskać; przyjdzie pan marszałek, dobrze! nie, to będziem po staremu podchodzić. Ciecze i tak krew ze szwedzkiego garnka, a to wiadomo, że gdy raz garnek zacznie ciec to i wszystko z niego ucieknie.
Na to Czarniecki:
-I z Rzeczypospolitej ciecze. Jeśli teraz ujdą, wzmocnią się, przyjdą im posiłki z Prus - sposobność minie!
To rzekłszy uderzył się ręką po pole na znak niecierpliwości; wtem dały się słyszeć stąpania końskie i basowy głos Zagłoby śpiewający:

Poszła Kaśka do piekarni,

A Stach do niej: Puść, przygarnij,

Kochana!



Bo śnieg pada i wiatr wieje,

Gdzież ja się, biedny, podzieję

Do rana!...

-Dobry znak! Wesoło wracają! - zawołał Polanowski.
Tymczasem tamci ujrzawszy kasztelana zeskoczyli z kulbak, oddali konie pacholikowi i szli żywo do ganku; nagle Zagłoba rzucił czapkę w górę i udając głos marszałka tak wybornie, że kto by go nie widział, mógłby się omylić, zakrzyknął:
-Vivat pan Czarniecki, nasz wódz!
Kasztelan zmarszczył się i rzekł prędko:
-Jest pismo dla mnie?

NR: WQVKVXM WQKKBYM WQKGYQM WQGJGXM WQYQBZM