Zagłoba zwrócił się do Wołodyjowskiego i znów szepnął:
-Już i przez nos mówi, znak to wielkiej ateracji.
Rzeczywiście zaś pan Czarniecki miał srebrne podniebienie, bo je kula przed laty pod Buszą wyrwała. Owóż ilekroć był wzruszony, gniewny i niespokojny, zaczynał zawsze mówić ostrym i brzękliwym głosem.
Nagle zwrócił się teraz do Zagłoby:
-A może byś i waćpan z panem Skrzetuskim pojechał?
-Chętnie - odpowiedział Zagłoba - jeśli ja czego nie wskóram, nikt nie wskóra. Wreszcie do człeka tak wielkiego rodu we dwóch będzie przystojniej.
Czarniecki zacisnął wargi, szarpnął brodę i rzekł jakby sam do siebie:
-Wielkie rody... wielkie rody...
-Tego nikt panu Lubomirskiemu nie ujmie - zauważył Zagłoba.
A Czarniecki brwi zmarszczył:
-Rzeczpospolita sama jest wielka, a rodów w proporcji do niej nie masz wielkich, jeno małe, i bodaj ziemia pożarła takie, które o tym zapominają!
Umilkli wszyscy, bo bardzo potężnie przemówił, i dopiero po niejakiej chwili Zagłoba rzekł:
-W proporcji do całej Rzeczypospolitej słusznie!
-Jam też nie z soli wyrósł ani z roli, jeno z tego, co mnie boli - ozwał się Czarniecki - a boleli mnie Kozacy, którzy mi te oto gębę przestrzelili, a teraz boli mnie Szwed, i albo tę bolączkę przetnę, albo sam od niej sczeznę, tak mi dopomóż Bóg!