Całe prawe skrzydło szwedzkie zwróciło się natychmiast, pod wodzą Swena, czołem ku nowemu nieprzyjacielowi, w którym wprawni żołnierze szwedzcy poznali husarię.
Wiódł ją mąż siedzący na dzielnym tarantowym koniu, przybrany w burkę i rysi kołpak z czaplim piórem. Widać go było doskonale, bo jechał z boku, o kilkanaście kroków od żołnierzy.
-Czarniecki! Czarniecki! - rozległy się wołania w szwedzkich szeregach.
Sweno spojrzał z rozpaczą w niebo, następnie ścisnął kolanami konia i ruszył ławą.
Pan Czarniecki zaś poprowadził husarzy na kilkanaście kroków i gdy szli już w największym pędzie, sam zawrócił.
Wtem od boru ruszyła trzecia chorągiew, on zaś doskoczył do niej i poprowadził; ruszyła czwarta, poprowadził; buławą każdej pokazał, gdzie ma uderzyć, rzekłbyś: gospodarz prowadzący żniwiarzy i rozdzielający między nich robotę.
Na koniec, gdy wysunęła się piąta, sam stanął na czele i ruszył wraz z nią do bitwy.
Lecz już husaria odrzuciła w tył prawe skrzydło i po chwili rozerwała je zupełnie, trzy zaś następne chorągwie obskoczyły tatarską modą Szwedów i czyniąc krzyk, poczęły siec zmieszanych żelazem, bóść włóczniami, rozbijać, tratować, a wreszcie gnać wśród wrzasków i rzezi.