Pan Zagłoba śpiewał z radości tak okrutnym basem, że aż się konie płoszyły:

Dwoje nas było, Kasieńko dwoje na świecie,

Ale mi się coś wydaje, że jedzie trzecie.

Anusia nie była tej niedzieli w kościele, bo przy słabej pannie Kulwiecównie z kolei zostać musiała, przy której się z Oleńką dzień po dniu zmieniały.
Cały ranek zajęta była doglądaniem i opatrunkiem chorej, tak że późno dopiero mogła się zabrać do pacierzy.
Zaledwie jednak wymówiła ostatnie: "Amen", gdy zaturkotało przed bramą i Oleńka wpadła jak wicher do pokoju.
-Jezus, Maria! Co się stało? - krzyknęła spojrzawszy na nią panna Borzobohata.
-Anusiu! wiesz, kto jest pan Babinicz?... To pan Kmicic!
Anusia zerwała się na równe nogi.
-Kto ci powiedział?
-Czytano list królewski... pan Wołodyjowski przywiózł... laudańscy...
-To pan Wołodyjowski wrócił?... - krzyknęła Anusia.
I nagle rzuciła się w ramiona Oleńki.
Oleńka przyjęła ten wybuch czułości jako dowód Anusinego afektu dla siebie, bo zresztą była zgorączkowana, prawie nieprzytomna. Na twarzy miała ogniste wypieki, a pierś jej falowała, jak gdyby z wielkiego zmęczenia. Więc poczęła opowiadać bez ładu i przerywanym głosem wszystko, co w kościele słyszała, biegając przy tym jak szalona po komnacie i powtarzając co chwila: "To ja go niewarta!" - czyniąc sobie zarzuty okrutne, że go najgorzej ze wszystkich skrzywdziła, że nawet modlić się za niego nie chciała wówczas, gdy on we krwi własnej za Najświętszą Pannę, za ojczyznę i za króla się pławił.

NR: WJJPVKM WQYKJXM WQBXZXM WQXYVQM WJXQQBM