Tu skończył ksiądz i zwróciwszy się do ołtarza, modlić się począł; pan Andrzej zaś uczuł nagle, że jakaś dłoń miękka chwyta jego rękę, spojrzał: była to Oleńka, i nim miał czas pomiarkować się, cofnąć dłoń, panna podniosła ją i przycisnęła do ust wobec wszystkich, w obliczu ołtarza i tłumów.
-Oleńka! - krzyknął zdumiony Kmicic.
Lecz ona wstała i zakrywszy twarz zasłoną, rzekła do miecznika:
-Stryju! chodźmy, chodźmy stąd prędko!
I wyszli przez drzwi zakrystii.
Pan Andrzej próbował wstać, wyjść za nią, lecz nie mógł...
Siły opuściły go zupełnie.
Natomiast w kwadrans później znalazł się przed kościołem, trzymany pod ręce przez pana Wołodyjowskiego i pana Zagłobę.
Tłumy obywatelstwa, drobnej szlachty i pospolitego ludu cisnęły się dokoła; niewiasty - zaledwie która zdołała się oderwać od piersi wracającego z wojny męża - już wiedzione ciekawością, płci swojej właściwą, biegły popatrzyć na tego strasznego ongi Kmicica, dziś zbawcę Laudy i przyszłego starostę. Koło zaciskało się coraz więcej, aż laudańscy musieli w końcu otoczyć i bronić od natłoku rycerza.
-Panie Andrzeju! - wołał pan Zagłoba - ot, przywieźliśmy ci gościńca. Sam się takiego nie spodziewałeś! Do Wodoktów teraz, do Wodoktów, na zrękowiny i wesele!...

NR: WQBZKQM WQKYZYM WJJYYYM WQQQXGM WJVKKZM