-Z Bogiem!... - rzekł zdejmując czapkę pan miecznik.
-Stój! - zawołała Oleńka.
I poczęła pytać cichym, ale prędkim, jakoby gorączkowym głosem:
-Żyw jeszcze czy zmarły?
-Żyw, ale śmierć nad nim.
Tu miecznik spojrzawszy na twarz Kmicica ozwał się znowu:
-Nie dowieziecie go do Lubicza.
-Kazał się koniecznie tam wieźć, bo tam chce umrzeć.
-Z Bogiem! Spieszcie się!
-Czołem bijemy!
I wóz ruszył dalej, a Oleńka z miecznikiem skoczyli co tchu w koniach w przeciwną stronę. Przelecieli przez Wołmontowicze jak dwa widziadła nocne i dopadli Wodoktów nie mówiąc do siebie ni słowa przez drogę; dopiero zsiadając z konia Oleńka zwróciła się do stryja:
-Księdza mu trzeba posłać! - rzekła zdyszanym głosem - niech w tej chwili ktoś do Upity rusza!
Miecznik zajął się żywo spełnieniem polecenia, ona zaś wpadła do swojej izby i rzuciła się na kolana przed obrazem Najświętszej Panny.
W parę godzin potem, późną już nocą, dzwonek ozwał się przed bramą Wodoktów. To ksiądz przejeżdżał z Panem Jezusem do Lubicza.
Panna Aleksandra klęczała ciągle. Usta jej powtarzały litanię, którą się przy konających odmawia. A gdy ją odmówiła, po trzykroć poczęła bić głową o podłogę i powtarzać ustawicznie:
-Panie, policz mu, że z ręki nieprzyjaciół ginie... Panie, policz mu, że z ręki nieprzyjaciół ginie... Odpuść mu! zmiłuj się nad nim!...