-Bo drzewo jeszcze na domach nie sczerniało.
Dalszą rozmowę przerwało im skrzypienie wozu, którego zrazu dojrzeć nie mogli, bo droga w tym miejscu szła falisto, wkrótce jednak ujrzeli parę koni, za nią następną parę przy dyszlu, a w końcu drabiniasty półtorak otoczony przez kilku jeźdźców.
-Co to za ludzie mogą być? - rzekł miecznik.
I zatrzymał konia; Oleńka stanęła przy nim.
Tamci przez ten czas zbliżali się coraz więcej, na koniec przejechali tuż.
-Stój! - zawołał miecznik. -A kogo to tam wieziecie?
Jeden z jeźdźców zwrócił się ku nim:
-Pana Kmicica wieziem, który pod Magierowem od Węgrzynów postrzelon.
-Słowo stało się ciałem! - zakrzyknął miecznik.
Oleńce świat cały zakręcił się nagle w oczach; serce w niej zamarło, piersiom zabrakło oddechu. Głosy jakieś wołały jej w duszy: "Jezusie. Mario! To on!" Po czym całkiem opuściła ją świadomość, gdzie jest, co się z nią dzieje.
Ale nie spadła z konia na ziemię, bo ręką chwyciła konwulsyjnie za drabinę wozu. I z chwilą gdy przyszła do przytomności, oczy jej padły na nieruchomy kształt ludzki leżący na wozie. Tak, to był on, pan Andrzej Kmicic, chorąży orszański. I leżał na wznak na wozie; głowę miał obwiniętą w chusty, ale przy czerwonym blasku miesiąca widać było doskonale jego twarz białą i spokojną, jakby z marmuru wykutą lub zlodowaciałą pod tchnieniem śmierci. Oczy miał głęboko zapadłe i zamknięte, życie nie zdradzało się w nim najmniejszym ruchem.

NR: WJZJQVM WQYKXBM WQBVGBM WQXPXXM WJXQPPM