Wreszcie, gdy już minęli kołowrot, rzekł:
-Senatorska to gleba! Lubicz za dwoje Mitrunów stanie.
Oleńka dalej odmawiała pacierze.
Lecz w mieczniku przebudził się widocznie dawny zawołany gospodarz, a może i szlachcic do pieniactwa po trosze skłonny, bo po chwili rzekł znowu jakby sam do siebie:
-A przecie po prawdzie to nasze... Stara billewiczowska substancja, nasz pot, nasz trud. Tamten nieszczęśnik musiał dawno zginąć, skoro się nie zgłosił, a choćby się i zgłosił, prawo za nami.
Tu zwrócił się do Oleńki:
-Co myślisz, proszę?
Na to panna:
-Przeklęte to miejsce. Niech się z nim, co chce, dzieje.
-Ale bo, widzisz, prawo za nami. Miejsce przeklęte było w złych rękach, a stanie się błogosławione w dobrych. Prawo za nami!
-Nigdy! Nie chcę o niczym wiedzieć. Dziaduś bez restrykcji zapisał, niechże jego krewni biorą.
To rzekłszy popędziła podjezdka; miecznik dał także swojemu ostrogi i nie zwolnili aż w czysty polu. Tymczasem zapadła noc, ale widno było zupełnie, bo ogromny czerwony miesiąc wynurzył się zza wołmontowiczowskiego lasu i rozświecił całą okolicę złotym blaskiem.
-Ano! dał Bóg piękną noc - ozwał się miecznik patrząc w kolisko księżyca.
-Jak to się Wołmontowicze świecą z daleka! - rzekła Oleńka.

NR: WQYVBZM WJZZKPM WQVQXPM WJVYVKM WQQVQBM