Akbah-Ułan zeskoczył z konia i począł mu się kłaniać dotykając ręką czoła, ust i piersi. Inni, cmokając po tatarsku ustami, patrzyli z drapieżnością w oczach na leżącego rycerza, a z podziwem na jego zwycięzcę; niektórzy ruszyli łapać dwa konie, cisawego i karego, które biegały opodal z rozwianymi grzywami.
-Akbahu-Ułanie - rzekł Kmicic - to jest wódz wojsk, które pobiliśmy dziś rano: książę Bogusław Radziwiłł. Daruję wam go, a wy go trzymajcie, bo za żywego czy za umarłego zapłacą wam sowicie. Teraz opatrzyć go, wziąść na arkan i zaprowadzić do obozu!
-Ałła! ałła! Dziękujem, wodzu! dziękujem, zwycięzco! - zawołali jednym głosem ordyńcy.
I znów rozległo się cmokanie tysiąca warg.
Kmicic kazał sobie podać konia, siadł i puścił się z częścią Tatarów ku polu bitwy.
Z dala już ujrzał chorążych stojących ze znakami, ale przy chorągwiach było zaledwie po kilkunastu towarzystwa, reszta zagnała się za nieprzyjacielem. Gromady czeladzi kręciły się po pobojowisku, obdzierając trupy i czubiąc się tu i owdzie z Tatarami, którzy czynili to samo. Szczególniej ci ostatni wyglądali po prostu strasznie, z nożami w ręku i ubroczonymi po łokcie rękoma. Rzekłbyś: stado kruków spadło z chmur na pobojowisko. Dzikie ich śmiechy i wrzaski rozlegały się po całym polu.

NR: WQYXPGM WJJPXPM WQKBZJM WJVGQQM WQQJXKM