-Zali się do Prus dostać zdołasz? - spytał Wołodyjowski.
-Jak Bóg na niebie, tak się przemknę, i to święcie wam przyrzekam, że bigosu narobię niepośledniego, bo jużci powiem moim Tatarom: "Hulaj dusza!" Radzi by oni i tu nożami po gardłach ludziom przeciągać, alem im zapowiedział, że za każdy gwałt powróz! Za to w Prusiech i własnej ochocie pofolguję. Zaś bym nie miał się przemknąć! Wyście nie mogli, ale to inna rzecz, bo łatwiej większej sile drogę zagrodzić niźli takiej wataże, jako jest moja, z którą ukryć się łatwo. Nieraz ja już w trzcinach siedział, a Duglasowi przechodzili tuż, tuż, ani o tym wiedząc. Duglas też pójdzie pewnie za wami i mnie tu pole wolne odsłoni.
-Aleś go też, słyszę, zmachał! - rzekł z zadowoleniem Wołodyjowski.
-Ha, szelma! - dodał pan Zagłoba. -Co dzień musiał koszulę brać, tak się pocił. Jużeś waćpan i Chowańskiego sprawniej nie podchodził, i to ci muszę przyznać, że sam bym lepiej nie potrafił, gdybym się na waćpanowym miejscu znajdował, chociaż jeszcze pan Koniecpolski powiadał, że do podjazdowej wojny nie masz nad Zagłobę.
-Widzi mi się - rzekł do Kmicica Wołodyjowski - iż jeśli Duglas wróci, to Radziwiłła tu zostawi, by na cię następował.
-Daj to Bóg! Tę samą mam nadzieję - odparł żywo Kmicic. -Jakbym ja zaczął jego szukać, a on mnie także, to byśmy się przecie znaleźli. Trzeci raz już przeze mnie nie przejedzie, a jeśli przejedzie, to się chyba więcej nie podniosę. Twoje arkana pamiętam dobrze i wszystkie sztychy łubniańskie mam jako pacierz w pamięci. Co dzień ich taż z Soroką próbuję, ażeby sobie rękę wkładać.