-Boże uchowaj, nic nie suponuję!
-A pan Babinicz, ledwośmy z Zamościa wyjechali, zaraz mi powiedział, że jego serce kto inny w dzierżawie trzyma... i chociaż mu tenuty nie płaci, przecie dzierżawcy zmieniać nie myśli...
-I waćpanna temu wierzysz?
-Jużci, że wierzę - odparła z wielką żywością Anusia - musi on być po uszy zakochany, skoro przez tyle czasu... skoro... skoro...
-Oj! jakoś nieskoro! - odrzekł śmiejąc się pan miecznik.
-A ja mówię, że skoro - odrzekła tupiąc nóżką - bo skoro o nim usłyszymy...
-Daj to Bóg!
-I powiem waćpanu, dlaczego... Oto, ile razy pan Babinicz o księciu Bogusławie wspomniał, to aż mu twarz bielała, a zębami tak skrzypiał jak drzwiami.
-To już będzie nasz przyjaciel!... - odrzekł pan miecznik.
-Pewnie!... I do niego uciekniemy, byle się pokazał!
-Byłem się stąd wyrwał, będę miał własną partię, i waćpanna zobaczysz, że mi także wojna nie pierwszyzna i że ta stara ręka jeszcze się na coś przyda.
-To idź waćpan pod komendę pana Babinicza.
-Waćpanna masz większą ochotę iść pod tę komendę...
Długo jeszcze przekomarzali się w ten sposób i coraz weselej, tak że i Oleńka, zapomniawszy o swych zgryzotach, rozweseliła się znacznie, a Anusia poczęła w końcu parskać na miecznika jak kotka. Że zaś była wypoczęta, bo na ostatnim noclegu w niedalekich Rosieniach wyspała się dobrze, odeszła więc dopiero późną nocą.