Dalsze słowa stłumił Sakowicz położywszy jej na ustach swą dłoń potężną.
-Cicho, krzywa kądziołko! cicho, zwiędła ruto! - rzekł do niej. -Jać nie będę zarzynał, po co mam diabłu dawać to, co i tak jego, ale żebyś nie mogła jako paw krzyczeć, zanim się uspokoisz, to ci twą wdzięczną buzię własną twoją chustka obwiążę, a sam lutnie wezmę i "wzdychanego" ci zagram. Nie może być inaczej, jeno musisz mnie polubić.
Tak mówiąc pan starosta oszmiański z wprawą prawdziwego rzezimieszka okręcił głowę panny Kulwiecówny chustką, pasem skrępował jej w mgnieniu oka ręce, nogi i rzucił ją na sofę.
Następnie siadł przy niej i wyciągnąwszy się wygodnie spytał tak spokojnie, jak gdyby zwykłą rozpoczynał rozmowę.
-Jakże waćpanna myślisz? Ja mniemam, że i Boguś równie sobie łatwo poradzi?
Wtem zerwał się na równe nogi, bo drzwi otworzyły się szybko i ukazała się w nich panna Aleksandra.
Twarz miała białą jak kreda, włos nieco rozrzucony, brew namarszczoną i zgrozę w oczach.
Ujrzawszy leżącego miecznika przyklękła nad nim i poczęła ręką dotykać jego głowy i piersi.
Miecznik odetchnął głęboko, otworzył oczy, podniósł się na wpół i jął rozglądać się po komnacie, jakby zbudzony ze snu, następnie wsparłszy się ręką o ziemię popróbował wstać, co mu się po chwili i przy pomocy panienki udało, więc doszedł chwiejnym krokiem do krzesła i rzucił się w nie.
Oleńka teraz dopiero dostrzegła pannę Kulwiecównę leżącą na sofie.
-Czy ją waść zamordował? - spytała Sakowicza.
-Uchowaj Boże! - odrzekł starosta oszmiański.
-Rozkazujęć rozwiązać!
Tyle było mocy w jej głosie, że Sakowicz nie odrzekł ani słowa, jak gdyby rozkaz wyszedł od samej księżnej Radziwiłłowej, i począł rozwiązywać zemdloną pannę Kulwiecównę.
-A teraz - rzekła panna - idź do twego pana, któren tam leży na górze.
-Co się stało? - krzyknął oprzytomniawszy Sakowicz. -Waćpanna odpowiesz za niego!
-Nie przed tobą, sługo! Precz!
Sakowicz skoczył jak opętany.