-Da sobie rady! nie obawiaj się waćpan! - rzekł pan Wołodyjowski.
-I wiem dlaczego. Bo król szwedzki woli za mną pod Zamość walić niż jego po Powiślu szukać. Nie neguję ja Czarnieckiemu, że dobry żołnierz, ale kiedy pocznie brodę kręcić, a swym żbiczym wzrokiem patrzyć, tedy towarzyszowi spod najgórniejszej chorągwi wydaje się, że jest dragonem... Nic on na godność nie uważa, czego i samiście byli świadkami, gdy pana Żyrskiego, człeka znacznego, kazał po majdanie końmi włóczyć za to tylko że z podjazdem nie dotarł tam, gdzie miał rozkaz. Ze szlachtą, mości panowie, trzeba po ojcowsku, nie po dragońsku... Powiesz mu: "Panie bracie, a bądź łaskaw, a idź", rozczulisz go, na ojczyznę i sławę wspomniawszy, to ci dalej pójdzie niż dragon, który dla lafy służy.
-Szlachcic szlachcicem, a wojna wojną - ozwał się starosta.
-Bardzo to misternie wasza dostojność wywiodła - odrzekł Zagłoba.
-A taki pan Czarniecki kontempt Carolusowi w końcu powariuje! Zauważył Wołodyjowski. -Byłem też na niejednej wojnie i mówić o tym mogę.
-Pierwej my mu powariujemy pod Zamościem - odparł pan starosta kałuski wydymając usta, sapiąc z okrutną fantazją, wytrzeszczając oczy i biorąc się w boki. -Ba! fiu! Co mnie tam! Hę! Kogo w gości proszę, temu drzwi otwieram! Co? ha!