Pan Czarniecki popatrzył nań przez chwilę w zamyśleniu.
-Nieszczęście! - rzekł głośno - bo gdybym ja nadążył pod Sandomierz, tedybyśmy we dwóch z hetmanem żywej nogi nie puścili... Ha! stało się i nie wróci!... Wojna się przedłuży, ale tak i temu najazdowi, i najezdnikom śmierć pisana.
-Nie może inaczej być!... - zawołali chórem rycerze.
I wielka otucha wstąpiła im do serc, choć przez chwilę wątpili.
Wtem szepnął coś Zagłoba do ucha panu dzierżawcy z Wąsoszy, a ów znikł we drzwiach i po chwili wrócił z gąsiorem. Widząc to Wołodyjowski pochylił się do kolan kasztelanowi.
-Łaska by to była dla prostaka żołnierza niepowszednia... - zaczął.
-Napiję się z wami chętnie - rzekł Czarniecki - a wiecie dlaczego? Owo dlatego, że nam się pożegnać przyjdzie.
-Jakże to? - zawołał zdumiony Wołodyjowski.
-Pisze pan Sapieha, że chorągiew laudańska do litewskiego wojska należy i że ją jeno dla asysty królowi przysłał, a teraz sam jej będzie potrzebował, zwłaszcza oficerów, bo mu ich brak okrutny. Mój Wołodyjowski, wiesz, ile cię miłuję, i ciężko mi się z tobą rozstawać, ale tu jest dla ciebie rozkaz. Wprawdzie pan Sapieha, jako człek polityczny, na moje ręce i do mojej dyskrecji rozkaz przysyła. Mógłbym ci go nie pokazać... Ba, ba, tak mi to miłe, jakoby mi pan hetman szablę najlepszą złamał... Ale właśnie, że do mojej dyskrecji przysłano, więc ci rozkaz daję - masz!... a już czyń, coś powinien. Za zdrowie twoje, żołnierzyku!...
Pan Wołodyjowski znów pochylił się do kasztelańskich kolan, wypił, ale tak był strapiony, że słowa przemówić nie mógł, a gdy kasztelan wziął go w objęcia, łzy ciurkiem puściły mu się na żółte wąsiki.
-Wolejbym poległ! - zawołał żałośnie. -Gonić pod tobą, wodzu wielbiony, przywykłem, a tam nie wiadomo, jako będzie...
-Panie Michale, nie zważaj na rozkaz! - rzekł wzruszony Zagłoba. -Sam Sapiowi odpiszę i uszu mu przystojnie natrę.
Lecz pan Michał przede wszystkim był żołnierzem, więc jeszcze się obruszył:
-A w waćpanu wiecznie stary wolentarz siedzi!... Milczałbyś lepiej, kiedy rzeczy nie rozumiesz. Służba!!
-Ot, co! - rzekł Czarniecki.