Zagłoba przechylił ją do ust i po chwili oddał próżną, po czym rzekł:
-Tylem się wody w Pilicy ożłopał, że rychło patrzeć, jak mi się ryby w brzuchu wylęgną, ale to lepsze od wody.
-A przebierz się waść w inne szaty, choćby i szwedzkie - rzekł pan kasztelan.
-Ja wujowi grubego Szweda poszukam! - ozwał się Roch.
-Po co z trupa mam pokrwawione kłaść - odrzekł Zagłoba. -Ściągnij no wszystko do koszuli z tego jenerała, któregom w jasyr wziął.
-To waść wziął jenerała? - spytał żywo pan Czarniecki.
-Kogom nie wziął, czegom nie dokonał! - odpowiedział Zagłoba.
Wtem pan Wołodyjowski odzyskał mowę:
-Wziąt przez nas młodszy margrabia Adolf, hrabia Falkenstein, jenerał Węgier, jenerał Poter, Benzy, nie licząc pomniejszych oficerów.
-A margrabia Fryderyk? - spytał Czarniecki.
-Jeśli tu nie leży, to uszedł w lasy, ale jeśli uszedł, to go chłopi zabiją!
Pan Wołodyjowski omylił się w swoich przewidywaniach. Margrabia Fryderyk wraz z grafem Szlipenbachem i Ehrensheinem błądząc lasami dotarli nocą do Czerska; tam przesiedziawszy w ruinach zamku trzy dni o chłodzi i głodzie, powędrowali nocą do Warszawy. Nie uchroniło ich to później przed niewolą , na ten raz jednak ocaleli.
Noc już była, gdy pan Czarniecki zjechał ku Warce z pobojowiska. Była to może najweselsza noc w jego życiu, tak wielkiej bowiem klęski nie ponieśli dotąd Szwedzi od początku wojny. Wszystkie działa, wszystkie chorągwie, wszystka starszyzna, prócz naczelnego wodza, była wzięta. Armia zniesiona do szczętu; rozegnane na cztery wiatry małe jej resztki musiały paść ofiarą kup chłopskich. Lecz pokazało się jeszcze przy tym, że owi Szwedzi, którzy sami za niezwyciężonych w otwartym polu się mieli, nie mogą właśnie w otwartym polu mierzyć się z regularnymi polskimi chorągwiami. Rozumiał wreszcie pan Czarniecki, jak potężny skutek to zwycięstwo w całej Rzeczypospolitej wywrze, jak podniesie ducha, jak rozbudzi zapał; widział już całą Rzeczpospolitą w niedalekiej przyszłości od ucisku uwolnioną, tryumfującą... Może i złocistą wielkohetmańską buławę widział oczyma duszy na niebie.
Wolno mu było o nie marzyć, bo szedł ku niej jak prawy żołnierz, jak obrońca ojczyzny, i był z takich, którzy nie powstają ani z soli, ani z roli, jeno z tego, co ich boli.
Tymczasem ledwie całą duszą mógł objąć tę radość, która na niego spłynęła, więc zwrócił się do jadącego obok marszałka i rzekł:
-Teraz pod Sandomierz! pod Sandomierz, jako najprędzej! Umie już wojsko rzeki przepływać; nie zastraszy nas San ni Wisła!
Marszałek nie odrzekł ani słowa, natomiast jadący nieco opodal, w szwedzkim przebraniu, pan Zagłoba, pozwolił sobie w głos przemówić:
-Jedźcie, gdzie chcecie, ale beze mnie, bom ja nie kurek na kościele, który się kręci dniem i nocą, jeść i spać nie potrzebując.
Pan Czarniecki tak był wesół, że nie tylko się nie rozgniewał, ale odrzekł żartując:
-Waść do dzwonnicy niż do kurka podobniejszy, zwłaszcza że jako widzę, wróble masz w kopule. Wszelako quod attinet jadła i spoczynku, to się wszystkim przynależy.
Na to Zagłoba, ale już półgłosem:
-Kto ma dzioby na gębie, ten ma wróble na myśli!