-Bóg łaskaw! zło mija! Bóg łaskaw! - mówił Jan Skrzetuski.
-Obacz, abyś nie bluźnił! - odrzekł mu na to Zagłoba - każde zło musi minąć, bo gdyby wiecznie trwało, to byłby dowód, że diabeł rządzi światem, nie zaś Pan Jezus, któren miłosierdzie ma nieprzebrane.
Dalszą rozmowę przerwał im widok Babinicza, którego wyniosłą postać ujrzeli z dala ponad falą głów innych. Pan Wołodyjowski i Zagłoba poczęli zaraz kiwać na niego, lecz on tak zapatrzony był w pana Czarnieckiego, że ich zrazu nie zauważył.
-Patrzcie - rzekł Zagłoba - jako się chłop zmizerował!
-Nie musiał wiele wskórać przeciw księciu Bogusławowi - odpowiedział Wołodyjowski - inaczej byłby weselszy.
-I pewno, że nie wskórał. Wiadomo, że Bogusław pod Malborgiem, razem ze Szteinbokiem, przeciw fortecy czyni.
-W Bogu nadzieja, że nic nie sprawią!
Na to pan Zagłoba:
-Choćby też i Malborg wzięli, my tymczasem Carolum Gustavum captivabimus; obaczym, czy fortecy za króla nie oddadzą.
-Patrzcie! Babinicz idzie już do nas! - przerwał Skrzetuski.
On zaś istotnie, dostrzegłszy ich, począł odsuwać tłum na obie strony i dążyć ku nim kiwając im czapką i uśmiechając się z daleka. Przywitali się jak dobrzy znajomi i przyjaciele.
-Co słychać? Cóżeś, panie kawalerze, uczynił z księciem? - pytał Zagłoba.