-Panowie mieszkają.
-Jak ich zowią?
-Tego mi nie wolno powiedzieć.
-Widzi mi się, chłopie, że weźmiesz w łeb!
-Mój jegomość - odpowiedział smolarz - jeślibym zełgał jakie przezwisko, to też musiałbyś się jegomość kontentować.
-Prawda jest! a siła tych panów?
-Jest stary pan i dwóch paniczów, i dwóch czeladzi.
-Jakże to, szlachta?
-Pewnie, że szlachta.
-I tu mieszkają?
-Czasem tu, a czasem Bóg wie gdzie!
-A te konie skąd?
-Panowie naprowadzają, a skąd, Bóg wie!
-Rzeknij prawdę: nie rozbijają twoi panowie na gościńcu?
-Czy ja, mój jegomość wiem? Widzi mi się, że konie biorą, a komu, to nie moja głowa.
-A co z końmi robią?
-Czasem wezmą sztuk dziesięć, dwanaście, ile jest, i popędzą - a dokąd, to też nie wiem.
Tak rozmawiając doszli do szopy, z których słychać było parskanie koni, i weszli do środka.
-Świeć! - rzekł Soroka.
Chłop podjął latarnię w górę i począł oświecać konie stojące szeregiem przy ścianie. Soroka opatrywał jednego po drugim okiem znawcy i głową kręcił, językiem mlaskał i mruczał:
-Nieboszczyk pan Zend rad by był... Są polskie, moskiewskie... a ten wałach niemiec... i ona klacz także... Zacne koni. A co im dajecie?
-Żeby nie zełgać, mój jegomość, tom tu dwie polanki owsem obsiał jeszcze z wiosny.

NR: WQYZBZM WQXKJBM WQQVYBM WJZQKZM WQBZJQM