-Jakże! - rzekł Rzędzian.
Na to Butrym:
-Kiedy tak, to co innego. Ale po co wam do onych miast jechać? Możecie i w Szczuczynie koni zbyć, bo nam siła nie staje, a te, cośmy w Pilwiszkach zagarnęli, na nic, bo wszystko odsednione.
-Każdy tam jedzie, gdzie mu lepiej, a my swoją drogę znamy - odpowiedział Kmicic.
-Nie wiem, gdzie waści lepiej, ale nam nie lepiej, byś Szwedom koni doprowadzał i z językiem do nich jeździł.
-Dziwne mi to - rzekł dzierżawca z Wąsoszy. -Ci ludzie na Szwedów wymyślają, a jakoś im pilno ku nim się przebrać?
Tu zwrócił się ku Kmicicowi:
-A waćpan też mi nie bardzo do koniuchy podobny, bo i pierścień zacny na ręku widziałem, którego by się niejeden pan nie powstydził...
-Jeśli się waszmości tak udał, to go ode mnie kup, bo ja dwie orty za niego w Łęgu zapłacił - odpowiedział Kmicic.
-Dwie orty?... - to chyba nie szczery, ale przednio udany... Pokaż waść!
-Weź, wasza mość!
-A sam to się nie możesz ruszyć?... Ja mam chodzić?
-Bom się okrutnie strudził.
-Ej, bratku! rzekłby kto, że oblicze chcesz ukryć!
Słysząc to Józwa nie rzekł ani słowa, jeno zbliżył się do komina, wyciągnął palącą się głownię i trzymając ją wysoko nad głową, poszedł wprost do Kmicica i zaświecił mu w oczy.