-To was hetman tak podzielonych pojedynczo ręką wybierze jako raki z saka.
Lecz w tej chwili drzwi się otworzyły i stanął w nich Soroka, którego Kmicic posłał był, by konie do drogi gotowano. Światło z komina padało wprost na srogą twarz wachmistrza; Józwa Butrym spojrzał na niego, popatrzył długą chwilę, po czym zwrócił się do Rzędziana i rzekł:
-Czy to waszej wielmożności człowiek?... Ja jego skądści znam!
-Nie - odparł Rzędzian - to szlachta, która z końmi na jarmark jedzie.
-A dokąd jedziecie? - pytał Józwa.
-Do Soboty - odparł stary Kiemlicz.
-Gdzie to jest?
-Niedaleko Piątku.
Józwa również, jak poprzednio Kmicic, poczytał za żart niewczesny tę odpowiedź i rzekł namarszczywszy brwi:
-Odpowiadaj, kiedy pytają!
-Jakim prawem pytasz?
-Mogę ci się i z tego wywieść: bo mnie na podjazd wysłali, bym obaczył, czy podejrzanych ludzi w okolicy nie masz. Jakoż widzi mi się, że są, którzy nie chcą powiedzieć, dokąd jadą!
Kmicic obawiając się, żeby jaka zwada z tej rozmowy nie wynikła, rzekł nie ruszając się z ciemnego kąta:
-Nie sierdź się, mości żołnierzu, bo Piątek i Sobota są takie miasta, jako i inne, w których się jarmarki jesienne na konie odbywają. Nie wierzysz, to się pana starosty spytaj, który musi o nich wiedzieć.