-Słabym jeszcze okrutnie - ozwał się.
-Tym większego pomiarkowania waszmości potrzeba, ile że z takim rycerzem będziesz miał sprawę.
-Już raz miałem i ot! co mi po niej ostało.
To rzekłszy Kmicic ukazał na pręgę w twarzy.
-Powiedzże mi waść, jako to było, bo król jegomość ledwie wspomniał.
Pan Kmicic począł opowiadać i choć przy tym zębami zgrzytał i aż kołpaczkiem cisnął o ziemię, jednak myśl jego oderwała się od nieszczęścia i uspokoił się trochę.
-Wiedziałem, żeś waść rezolut - rzekł mały rycerz - ale żeby aż Radziwiłła spośród jego chorągwi porwać, tegom się i po waćpanu nie spodziewał.
Tymczasem doszli do kwatery. Dwaj Skrzetuscy, pan Zagłoba, dzierżawca z Wąsoszy i Charłamp zajęci byli oglądaniem kożuszków krymskich, które handlujący Tatar przyniósł właśnie do wyboru. Charłamp, który najlepiej znał Kmicica, poznał go też od jednego rzutu oka i upuściwszy kożuszek zakrzyknął:
-Jezus Maria!
-Niech będzie imię Pańskie pochwalone! - zawołał dzierżawca z Wąsoszy.
Lecz za nim wszyscy ochłonęli ze zdziwienia, Wołodyjowski rzekł:
-Przedstawiam waszmościom częstochowskiego Hektora i wiernego sługę królewskiego, któren za wiarę, ojczyznę i majestat krew przelewał.
Tu, gdy zdziwienie jeszcze wzrosło, począł zacny pan Michał opowiadać z wielkim zapałem, co od króla o Kmicicowych zasługach, a od samego pana Andrzeja o porwaniu księcia Bogusława słyszał, i wreszcie tak skończył: