Na koniec z tłumu wyskoczył mały rycerz, cały w szmelcowanej zbroi, i krzyknął:
-Gdzie wojewoda wileński?
-Tu! - rzekł Charłamp ukazując na ciało leżące na sofie.
Pan Wołodyjowski spojrzał i rzekł:
-Nie żyje!
-Nie żyje! nie żyje! - poszedł głos z ust do ust. -Nie żyje zdrajca i sprzedawczyk!
-Tak jest - rzekł ponuro Charłamp. -Ale jeśli sponiewieracie ciało jego i na szablach je rozniesiecie, źle uczynicie, bo Najświętszej Panny przed skonem wzywał i jej konterfekt w ręku dzierży!
Słowa te wielkie uczyniły wrażenie. Krzyki umilkły.
Natomiast żołnierze poczęli się zbliżać, obchodzić sofę i przypatrywać się nieboszczykowi. Ci, którzy mieli latarnie, świecili mu nimi w oczy, a on leżał olbrzymi, posępny, z hetmańskim majestatem na twarzy i zimną powagą śmierci.
Żołnierze przychodzili kolejno, a między nimi i starszyzna. Zbliżył się więc Stankiewicz i dwaj Skrzetuscy, i Horotkiewicz, i Jakub Kmicic, i Oskierko, i pan Zagłoba.
-Prawda jest!... - rzekł cichym głosem pan Zagłoba, jakby bał się zbudzić księcia. -Najświętszą Pannę w rękach trzyma i blask mu od niej na lica pada...
To rzekłszy zdjął kołpak z głowy. W tej chwili uczynili to wszyscy inni. Nastało milczenie pełne szacunku, które przerwał wreszcie Wołodyjowski.