Wszedłszy przymrużył oczy, bo w izbie mroczno było, gdyż tylko na kominie palił się niewielki ogień.
-A czemu to nikt nie wychodzi, gdy zajeżdżam? - rzekł nieznajomy pan.
-Bo karczmarz poszedł do komory - odparł Kmicic - a my podróżni jako i wasza mość.
-Dziękuję za konfidencję. A co za podróżny?
-Szlachcic z końmi jadący.
-A kompania takoż szlachta?
-Chudopachołcy, ale szlachta.
-Tedy czołem, czołem, mopankowie. Dokąd Bóg prowadzi?
-Z jarmarku na jarmark, byle tabunku zbyć.
-Jeżeli tu nocujecie, to jutro po dniu obejrzę, może i ja co wybiorę. A tymczasem pozwólcie, mopankowie, przysiąść się do stołu.
Nieznajomy pan pytał wprawdzie, czy mu się przysiąść pozwolą, ale takim tonem, jakby był tego zupełnie pewien jakoż nie omylił się, bo mody koniucha odrzekł grzecznie:
-Prosim bardzo wdzięcznie waszą mość, choć i nie mamy na co prosić, bo jeno grochem z kiełbasą możem częstować.
-Mam ja w puzdrach lepsze od tego specjały - odparł nie bez pewnej pychy młody panek - ale u mnie żołnierskie podniebienie, i groch z kiełbasą, byle dobrze podlany, nad wszystko przekładam.
To rzekłszy (a mówił bardzo powoli chociaż spoglądał bystro i roztropnie) zasiadł na ławie, gdy zaś Kmicic usunął mu się tak, aby uczynić wygodne miejsce, dodał łaskawie:

NR: WQXGBQM WQZYXQM WQZXZXM WQQBXQM WQQJXVM