-A jak nam konie zabiorą? - bo to rekwizycje w czasie wojny codzienna rzecz...
-Albo kupią, albo zabiorą. Jeśli kupią, tedy nie z końmi, ale niby po konie do Soboty pojedziem, a jeśli zabiorą, podniesiemy lament i ze skargą będziem jechali aż do Warszawy i Krakowa.
-Chytry masz rozum - rzekł Kmicic - i widzę, że mi się przydacie. Choćby też Szwedzi te konie zabrali, to znajdzie się taki który zapłaci.
-I tak ja miałem do Ełku, do Prus, z nimi jechać, to się dobrze składa, bo właśnie tamtędy droga nam wypadnie. Z Ełku pojedziem granicą, potem wyprostujem na Ostrołękę, a stamtąd puszczą aż pod Pułtusk i Warszawę.
-Gdzie to ona Sobota?
-Niedaleko Piątku, wasza miłość.
-Kpisz, Kiemlicz?
-Zaś bym śmiał - odrzekł stary krzyżując ręce na piersiach i skłaniając głowę - jeno się tam tak dziwnie miasteczka nazywają. To za Łowiczem wasza miłość, ale jeszcze kawał drogi.
-I jarmarki znaczne w onej Sobocie?
-Nie takie jak w Łowiczu, ale jest jeden w tej porze, na który nawet i z Prus konie pędzą, i luda siła się zjeżdża. Pewnie tego roku nie będzie gorzej, bo tam spokojnie Szwedzi wszędy panują i po miastach załogi mają. Choćby się chciał kto ruszyć, to i nie może.
-Tedy przyjmuję twój sposób!... -Pojedziemy z końmi, za które z góry ci zapłacę, ażebyś szkody nie miał.

NR: WQBXBQM WQPXXKM WJQJPJM WJJYKGM WJJBGYM