-A siła koni? - spytał człowiek w kożuchu.
-Chłopie! Czyja to smolarnia? - spytał Soroka.
-Coście wy za jedni? Skądeście się tu wzięli? - pytał znowu smolarz głosem, w którym widoczny był przestrach i zdziwienie.
-Nie bój się! - odpowiedział Soroka - nie zbóje!
-Jedźcie w swoją drogę, nic tu po was!
-Zamknij pysk i do chaty prowadź, póki prosim. A nie widzisz, chamie, że rannego wieziem!
-Coście za jedni?
-Pilnuj, abym ci z rusznicy nie odpowiedział. Lepsi od ciebie, parobku! Prowadź do chaty, a nie, to cię we własnej smole ugotujem.
-Jeden się przed wami nie obronię, ale będzie nas więcej. Gardła wy tu położycie.
-Będzie i nas więcej, prowadź!
-To i chodźcie, nie moja sprawa.
-Co masz jeść dać, to daj - i gorzałki. Pana wieziemy, który zapłaci.
-Byle stąd żyw wyjechał.
Tak rozmawiając weszli do chaty, w której na kominie palił się ogień, a z garnków postawionych na trzonie rozchodził się zapach duszonego mięsiwa. Izba była dość przestronna. Soroka zaraz na wstępie zauważył, iż pod ścianami stało sześć tapczanów okrytych obficie baranimi skórami.
-To tu jakaś kompanija mieszka - mruknął do towarzyszów. -Podsypać rusznice i czuj duch! Tego chama pilnować, by nie umknął. Niechże dzisiejszej nocy kompanija śpi na dworze, bo my z izby nie ustąpim.