-Jakże to? Zali tym win nie zmażę?
I wnet począł rozprawę z własnym sumieniem.
"A gdzie pokuta za winy? - pytało sumienie. -Tu trzeba czego innego!"
"Czego?" - pytał Kmicic.
"Czymże możesz zgładzić winy, jeśli nie służbą jakowąś ciężką i niezmierną, a uczciwą i czystą jak łza?... Zali to służba zebrać kupę hultajów i buszować z nimi jako wicher po polu i puszczy? Zali nie dlatego jej pragniesz, że ci pachnie zabijatyka jako psu pieczeń? Taże to zabawa - nie służba, kulig - nie wojna, rozbój - nie ojczyzny obrona! A czyniłeś tak przeciw Chowańskiemu i cóżeś wyjeździł? Łotrzykowie, co po lasach grasują, gotowi także napadać na komendy szwedzkie, a ty skąd weźmiesz innych ludzi? Szwedów naszarpiesz, ale i obywateli naszarpiesz, pomstę na nich ściągniesz i co wskórasz? Sianem się, kpie, chcesz wywinąć od pracy i pokuty!"
Tak to mówiło w panu Kmicicu sumienie, a pan Kmicic widział, że ma słuszność, i złość go brała, i żal jakiś do własnego sumienia, że taką gorzką mówiło prawdę.
-Co ja pocznę? - rzekł wreszcie - kto mi poradzi, kto mnie wyratuje?
Tu kolana poczęły się giąć jakoś pod panem Andrzejem, aż wreszcie ukląkł przed tapczanem i począł się modlić głośno, i prosić z całej duszy i serca: