-Tak ciemno, tak ciemno! - rzekł ksiądz Kordecki - a oni się od czasu waszej nocnej wycieczki strzegą. Może na cały szereg wpaść, ani się obejrzą...
-Tego nie myślę; piechota stoi, to wiem, i pilnują się bardzo, ale przecie stoją na szańcu, nie przed szańcem, nie przed wylotami własnych armat. Jeśli kroków nie usłyszą, to może się łatwo pod szaniec podsunąć, a potem go sama wyniosłość osłoni... Uf!
Tu sapnął i urwał pan Czarniecki, bo z oczekiwania i trwogi serce poczęło mu bić jak młotem, a w piersiach tchu mu nie stało.
Nagle trzecia osoba stanęła przy dwóch rozmawiających. Był to pan miecznik sieradzki.
-A co tam? - spytał. -Babinicz poszedł na ochotnika prochami kolubrynę rozsadzać.
-Jak to? Co?
-Wziął kiszkę z prochem, sznur, krzesiwo... i poszedł. - Pan Zamoyski ścisnął sobie głowę dłońmi.
-Jezus Maria! Jezus Maria! - rzekł. -Sam jeden?
-Sam jeden.
-Kto jemu pozwolił? Toż to jest niepodobieństwo!...
-Ja! Dla mocy bożej wszystko jest podobne, nawet i powrót jego szczęśliwy! - odpowiedział ksiądz Kordecki.
Zamoyski umilkł. Czarniecki począł parskać ze wzruszenia.
-Módlmy się! - rzekł ksiądz.
Klękli we trzech i zaczęli się modlić. Ale niepokój podnosił włosy na głowie dwom rycerzom. Upłynął kwadrans, potem pół godziny, potem godzina, długa jak wieki.