Kosma i Damian milczeli.
-Niebezpieczny prowadzicie proceder i godniejszy hultajów niż szlachty... Nie bez tego też musi być, żeby na was jakie wyroki z dawnych czasów nie ciążyły?
-Jakże nie! - odrzekli Kosma i Damian.
-Tak i myślałem. Z których wy stron?
-My tutejsi.
-Gdzie ojciec przedtem mieszkał?
-W Borowiczku.
-Jego była wioska?
-W kolokacji z Kopystyńskim?
-A co się z nim stało?
-Usieklim.
-I musieliście uchodzić przed prawem. Kuso z wami, Kiemlicze, i na gałęziach pokończycie! Kat wam poświeci, nie może inaczej być!
Wtem drzwi do izby skrzypnęły i wszedł stary niosąc gąsior miodu i dwie szklanki. Wszedłszy spojrzał niespokojnie na synów i na pana Kmicica, a potem rzekł:
-Idźcie loch zawalić.
Bliźniacy wyszli natychmiast, ojciec zaś nalał miód w jedną szklankę, drugą zaś zostawił próżną czekając, czy mu Kmicic pić ze sobą pozwoli.
Lecz Kmicic sam pić nie mógł, bo i mówił nawet z trudnością - tak mu rana dolegała. Widząc to stary rzekł:
-Nie idzie miód na ranę, chybaby samą zalać, żeby się prędzej wypaliła. Wasza miłość pozwoli obejrzeć i opatrzyć, bo to ja się nie gorzej cyrulika znam na tym?
Kmicic zgodził się, więc Kiemlicz zdjął obwiązki i począł patrzeć pilnie.
-Skóra starta, nic to! Kula po wierzchu przeszła, ale przecie napuchło.