-Może się i to zdarzyć - odrzekł Kmicic.
W tej chwili weszli dwaj synowie starego: Kosma i Damian, bliźniacy, chłopy duże, niezgrabne, z ogromnymi głowami, porosłymi całkiem niezmiernie gęstym i twardym jak szczecina włosem, nierównym, sterczącym koło uszu, tworzącym wichry i fantastyczne czuby na czaszkach. Wszedłszy stanęli koło drzwi, bo w obecności Kmicica usiąść nie śmieli, i Damian rzekł:
-Loch odwalony.
-Dobrze - rzekł stary Kiemlicz - pójdę przynieść miodu.
Tu spojrzał na synów znacząco.
-A tamte konie Zołtareńkowi ludzie zabrali - rzekł z przyciskiem.
I wyszedł z izby.
Kmicic patrzył na dwóch budrysów stojących pode drzwiami, jakoby toporem z gruba pni wyciosanych, nagle spytał:
-Co wy teraz robicie?
-Konie bierzem! - odrzekli jednocześnie bliźniacy.
-Komu?
-Komu popadnie.
-A najwięcej?
-Zołtareńkowym.
To dobrze, nieprzyjaciołom wolno brać, ale jeżeli i swoim bierzecie, toście hultaje, nie szlachta. Co z tymi końmi czynicie?
-Ojciec w Prusach sprzedają.
-A Szwedom zdarzyło się wam odbierać? Bo to tu gdzieś niedaleko szwedzkie komendy? Podchodziliście Szwedów?
-Podchodzilim.
-Toście na pojedynczych napadali albo na małe kupki! A gdy się bronili, cóż wy wówczas?
-Pralim.
-Aha! Praliście! Tedy macie swój rachunek u Zołtareńkowych i u Szwedów, i pewnie by wam na sucho nie uszło, gdybyście im w ręce wpadli?