-Jenerale, wasza dostojność nie możesz tego przyrzekać, bo ustąpisz wobec pierwszego rozkazu króla jegomości albo pana marszałka Wittenberga. Czasem też i okoliczności umieją rozkazywać nie gorzej królów i marszałków.
Miller zmarszczył swe gęste brwi, co widząc Wrzeszczowicz rzekł pospiesznie:
-Tymczasem próbujmy układów. Oni się poddadzą. Nie może inaczej być!
Dalsze jego słowa zgłuszył wesoły głos dzwonu, wzywający na mszę poranną w kościele jasnogórskim. Jenerał wraz ze sztabem odjechali z wolna ku Częstochowie, lecz nie dojechali jeszcze do głównej kwatery, gdy przypadł oficer na spienionym koniu.
-To od marszałka Wittenberga! - rzekł Miller.
Tymczasem oficer oddał mu list. Jenerał rozerwał szybko pieczęcie i przebiegłszy pismo oczyma, rzekł ze zmieszaniem w twarzy:
-Nie! To z Poznania... złe wieści. W Wielkopolsce szlachta się podnosi, lud łączy się z nią... Na czele ruchu stoi Krzysztof Żegocki, który chce iść na pomoc Częstochowie.
-Przepowiedziałem, że te strzały rozlegną się od Karpat do Bałtyku - mruknął Sadowski. -U tego narodu prędka odmiana. Jeszcze wy nie znacie Polaków, poznacie ich później.
-Dobrze! poznamy ich! - odparł Miller. -Wolę otwartego nieprzyjaciela niż fałszywego sprzymierzeńca... Sami się poddali, a teraz broń podnoszą... Dobrze! doznają naszej broni!