Wtem drzwi się otwarły, Kmicic ukazał się w progu i zawołał:
-Soroka! bywaj!
Żołnierze zerwali się na równe nogi.
-Dla Boga, to wasza miłość na nogach? - rzekł Soroka.
-A wy pospaliście się jak woły; można by wam łby poucinać i za płot powyrzucać, nimby się który rozbudził.
-Czuwaliśmy do rana, panie pułkowniku, zasnęliśmy dopiero o dniu białym.
Kmicic rozejrzał się dookoła.
-Gdzie jesteśmy?
-W lesie, panie pułkowniku.
-To i ja widzę. Ale co to za chałupa?
-Tego my sami nie wiemy.
-Choć za mną! - rzekł pan Andrzej.
I cofnął się do wnętrza chaty. Soroka podążył za nim.
-Słuchaj - rzekł Kmicic siadłszy na tapczanie - wszakże to książę do mnie strzelił?
-Tak jest.
-A co się z nim stało?
-Uszedł.
Nastała chwila milczenia.
-To źle! - rzekł Kmicic - bardzo źle! Lepiej było go położyć niż żywego puszczać.
-My tak i chcieli, ale...
-Ale co?
Soroka opowiedział pokrótce, co się stało. Kmicic słuchał nad podziw spokojnie, jeno oczy poczęły mu gorzeć, a w końcu rzekł:
-Tedy on górą, ale się jeszcze spotkamy. Czemuś zjechał z gościńca?
-Bałem się pogoni.
-To i słusznie, bo pewno była. Za mało nas teraz na Bogusławową potęgę... diablo za mało!... Przy tym on do Prus ruszył, tam nie możemy go ścigać, trzeba czekać...