"Gdyby mi przyszło partię zbierać, tu bym przyszedł."
W Myszyńcu samym znalazł wielkie zgromadzenie. Przeszło stu strzelców trzymało ustawiczną straż przy misji, bo obawiano się, że Szwedzi tu najpierw się pokażą, zwłaszcza że starosta ostrołęcki kazał wyciąć drogę w lasach, aby księżą, w misji osiedli, mogli mieć "do świata przystęp".
Chmielarze, którzy swój towar dostawiali aż do Przasnysza tamtejszym sławnym piwowarom i z tego powodu uchodzili za ludzi bywałych, opowiadali, że w Łomży, w Ostrołęce i Przasnyszu roi się od Szwedów, którzy tak już tam gospodarują jak w domu i podatki wybierają.
Kmicic jął namawiać Kurpiów, by nie czekając Szwedów w puszczy, uderzyli na Ostrołękę i wojnę rozpoczęli, a sam ofiarował się ich poprowadzić. Wielką też między nimi znalazł ochotę, ale dwaj księża odwiedli ich od tego szalonego czynu, przedstawiając, aby czekali, aż cały kraj się ruszy, i przedwczesnym wystąpieniem nie ściągnęli na się okrutnej zemsty nieprzyjaciela.
Pan Andrzej odjechał, ale żałował straconej sposobności.
Ta mu tylko pociecha została, iż przekonał się, że byle gdziekolwiek prochy wybuchły, to ani Rzeczypospolitej, ani królowi nie zbraknie w tych stronach na obrońcach.
"Jeśli tak jest i gdzie indziej, tedyby można poczynać" - myślał.