-W pierwszej chwili i ja chciałem tak postąpić - odparł Bogusław - ale rozmowa była na cztery oczy i dopieroż by krzyczano na tyraństwo a na samowolę Radziwiłłów! Nastraszyłem go jeno, że i Radziejowski, i król szwedzki, ba, sam Chmielnicki nawet, pewnie by go za to gardłem skarał; słowem, doprowadziłem owego zbrodniarza do tego, że się zamysłu wyrzekł.
-Nic to, nie trzeba było go żywym puszczać, bo najmniej pala był wart! - zawołał Korf.
Bogusław zwrócił się nagle do Janusza.
-Mam też nadzieję, że go kara nie minie, i pierwszy wnoszę, by zwykłą śmiercią nie zginął, a wasza książęca mość sam jeden możesz go ukarać, bo to twój dworzanin i twój pułkownik...
-Na Boga! mój dworzanin?... Mój pułkownik? Co za jeden?!... Kto?... Mów wasza książęca mość!
-Zwie się Kmicic! - rzekł Bogusław.
-Kmicic?!... - powtórzyli wszyscy w przerażeniu.
-To nieprawda! - krzyknęła nagle Billewiczówna wstając z krzesła z iskrzącymi oczyma i falującą piersią.
Nastało głuche milczenie. Jedni nie ochłonęli jeszcze po strasznej Bogusławowej nowinie, drudzy zdumieli się nad zuchwalstwem tej panny, która śmiała młodemu księciu fałsz w oczy zadać; miecznik rosieński począł bełkotać: "Oleńka! Oleńka!" - a Bogusław przyoblekł twarz w smutek i rzekł bez gniewu: