-Jak to, ojcze? - rzekł Biłous.
-Bo tam już pewno nas szukają.
-Kto, ojcze?
-Książę.
Tu Soroka umilkł nagle, a za nim umilkli i inni, jakby zdjęci przestrachem.
-Oj! - rzekł wreszcie Biłous. -Tu źle i tam źle; kruty ne werty!
-Nagnali nas jak siromachów w sieci; tu zbóje, a tam książę! - rzekł inny żołnierz.
-Niech ich tam piorun zapali! Wolę mieć sprawę ze zbójem niż z charakternikiem - odpowiedział Biłous - bo że ten książę niesamowity, to niesamowity. Zawratyński to przecie z niedźwiedziem w pół się brał, a on mu szablę wydarł jako dziecku. Nie może inaczej być, tylko go zaczarował, bo i to jeszcze widziałem, że jak się potem na Witkowskiego rzucił, to w oczach urósł jak sosna. Żeby nie to, nie byłby ja jego żywego puścił.
-I tak kiep z ciebie, żeś na niego nie skoczył.
-Co miałem robić, panie wachmistrzu? Myślałem tak: siedzi na najlepszym koniu, więc jak zechce, to ucieknie - a natrze, to się nie obronię, boć z charakternikiem nieludzka moc. W oczach ci zginie albo kurzawą się zakręci...
-Prawda jest - rzekł Soroka - że gdym do niego strzelał, to go jakoby mgłą zasuło... i chybiłem... Z konia każdemu się chybić trafi, gdy się szkapa kręci, ale z ziemi to mi się od dziesięciu lat nie zdarzyło.