Noc była pogodna i księżycowa, ale hałaśliwa. W głębinach leśnych wrzało życie. Była to pora bekowiska, więc puszcza brzmiała naokół groźnymi rykami jeleni. Odgłosy owe, krótkie, chrapliwe, pełne gniewu i zaciekłości, rozlegały się naokoło, we wszystkich częściach lasu, w głębiach i bliżej, czasem tuż, tuż, jakby o sto kroków za chatą.
-Jeśli oni nadejdą, to też będą porykiwać, by nas zmylić - rzekł Biłous.
-E! tej nocy nie nadejdą. Nim chłop do nich zdąży, to i dzień będzie! - odrzekł inny żołnierz.
-Po dniu, panie wachmistrzu, zdałoby się chatę przetrząść i pod ścianami pokopać, bo jeśli zbóje tu mieszkają, to i skarby muszą być.
-Najlepsze skarby w onej stajni - odparł Soroka wskazując ręką na szopę.
-A pobierzem?
-Głupiście! tu wyjścia nie ma, jeno bagno wkoło.
-A przecieśmy przyjechali.
-Bóg nas przeprowadził. Żywa dusza tu nie przyjdzie ani nie wyjdzie, jeśli drogi nie zna.
-Po dniu znajdziem.
-Nie znajdziem, bo umyślnie nakluczono i ślady są mylne. Nie trzeba było chłopa puszczać.
-Wiadomo, że gościniec o dzień drogi - rzekł Biłous - i w tamtej stronie...
Tu wskazał palcem na wschodnią część lasu.
-Będziem jechać, póki nie przejedziem - ot co!
-To myślisz, żeś już pan, jak będziesz na trakcie? Lepsza ci tu kula rozbójnika niż tam stryczek.

NR: WQKBZZM WQVGGQM WQVVKJM WQBQYZM WQYZJYM