Soroka podnosił się na tapczanie i słuchał, lecz chory, zakrzyknąwszy raz i drugi, zasypiał, a potem znów budził się i wołał:
-Oleńka! Oleńka, nie gniewaj się!...
dopiero koło północy uspokoił się zupełnie i zasnął na dobre. Soroka też począł drzemać, ale wnet zbudziło go ciche pukanie do drzwi chaty.
Czujny żołnierz otworzył oczy natychmiast i zerwawszy się na równe nogi, wyszedł z chaty.
-A co tam?
-Panie wachmistrzu, smolarz uciekł.
-Do stu diabłów! wnet on nam tu zbójów naprowadzi. A kto jego pilnował?
-Biłous.
-Poszedłem z nim konie poić - rzekł tłumacząc się Biłous. -Kazałem mu wiadro ciągnąć, a sam szkapy trzymałem...
-I co? w studnię skoczył?
-Nie, panie wachmistrzu, jeno między pnie, co ich wedle studni siła leży naciętych, i w karczowe doły. Puściłem konie, bo choćby się rozbiegły, to tu są drugie, i skoczyłem za nim, alem w pierwszym dole utknął. Noc, ciemno, jucha miejsce zna, tak i pomknął... Żeby go mór trafił!
-Naprowadzi on nam tu diabłów, naprowadzi... Żeby go pioruny zatrzasły!...
Wachmistrz uciął, a po chwili rzekł:
-Nie będziem się kładli, trzeba czuwać do rana: lada chwila kupa nadejść może.
I dając przykład innym, sam zasiadł na progu chaty z muszkietem w ręku, żołnierze zaś siedli koło niego gwarząc między sobą z cicha, to podśpiewując półgłosem, to nasłuchując, czy wśród nocnych odgłosów boru nie dojdzie ich tętent i parskanie zbliżających się koni.