Tymczasem zbrojni ludzie zapełnili podwórzec i w mgnieniu oka Butrymi, Gościewicze, Domaszewicze i inni wpadli do domu. Ujrzawszy pannę wstrzymali się w izbie jadalnej - ona zaś stojąc ze świecą w ręku zamykała sobą drogę do dalszych drzwi.
-Ludzie! co się dzieje? czego tu chcecie? - pytała nie mrużąc oczu przed groźnymi spojrzeniami i złowrogim blaskiem gołych szabel.
-Kmicic spalił Wołmontowicze! - krzyknęła chórem szlachta. -Pomordował mężów, niewiasty, dzieci! Kmicic to uczynił!...
-My ludzi jego wybili! - rozległ się głos Butryma Józwy - a teraz jego głowy chcemy!...
-Jego głowy! krwi! rozsiekać zbójcę!
-Gońcie go! - zawołała panna. -Czegoż tu stoicie? gońcie!
-Zali nie tu się schronił? My konia pod lasem znaleźli...
-Nie tu! Dom był zawarty! Szukajcie w stajniach i oborach.
-W las uszedł! - zawołał jakiś szlachcic. -Hejże, panowie bracia!
-Milczeć! - huknął potężnym głosem Józwa Butrym. Po czym zbliżył się do panny.
-Panno! - rzekł. -Nie ukrywaj go!... To człek przeklęty!
Oleńka podniosła obie ręce nad głowę.
-Przeklinam go wraz z wami!...
-Amen! - krzyknęła szlachta. -Do zabudowań i w las! Odnajdziem go! Hajże na zbója!
-Hajże! Hajże!
Szczęk szabel i stąpanie rozległy się na nowo. Szlachta wypadła przed ganek i siadała co prędzej na koń. Część jej szukała jeszcze czas jakiś w zabudowaniach, w stajniach, oborach, w odrynie - potem głosy poczęły się oddalać w stronę lasu.
Panna Aleksandra nasłuchiwała, dopóki zupełnie nie znikły, po czym zapukała gorączkowo do drzwi komnaty, w której ukryła pana Andrzeja.
-Nie ma już nikogo! wychodź waść!
Pan Kmicic wytoczył się z izby jak pijany.
-Oleńka!... - zaczął.
Ona wstrząsnęła rozpuszczonymi włosami, które pokrywały niby płaszczem jej plecy.
-Nie chcę cię widzieć, znać! Bierz konia i uchodź stad!...
-Oleńka! - jęknął. Kmicic wyciągnął ręce.
-Krew na waćpana ręku jako na Kainowym! - krzyknęła odskakując jakby na widok węża. -Precz, na wieki!...