Za powiekami poczęła drgać i twarz, oczy i usta otwierały się i zamykały na przemian.
-To ja! - rzekł Kmicic.
Oczy Rekucia otwarły się na chwilę zupełnie - poznał twarz przyjaciela i jęknął z cicha:
-Jędruś!... księdza!...
-Kto was pobił?! - krzyczał Kmicic chwytając się za włosy.
-Bu-try-my... - ozwał się głos tak cichy, że ledwie dosłyszalny.
Po czym Rekuć wyprężył się, zesztywniał, otwarte oczy stanęły mu w słup - i skonał.
Kmicic poszedł w milczeniu do stołu, postawił na nim kaganek - sam siadł na krześle i począł rękoma wodzić po twarzy jak człowiek, który, ze snu się zbudziwszy, sam nie wie, czy już się rozbudził, czy widzi jeszcze senne obrazy przed oczyma.
Następnie znów spojrzał na leżące w mroku ciała. Zimny pot wystąpił mu na czoło, włosy zjeżyły się na głowie i nagle krzyknął tak strasznie, że aż szyby zadrgały w oknach:
-Bywaj, kto żyw! bywaj!
Żołnierze, którzy roztasowywali się w czeladnej, posłyszeli ów krzyk i pędem wpadli do izby. Kmicic ukazał im ręką na leżące pod ścianą trupy.
-Pobici! pobici! - powtarzał chrapliwym głosem.
Oni rzucili się patrzyć; niektórzy nadbiegli z łuczywem i poczęli w oczy świecić nieboszczykom. Po pierwszej chwili zdumienia wszczął się gwar i zamieszanie. Przylecieli i ci, którzy już się byli pokładli w stajniach i oborach. Dom cały zajaśniał światłem, zaroił się ludźmi, a wśród tego zamętu, nawoływań, pytań jedni tylko pobici leżeli pod ścianą równo i cicho, obojętni na wszystko i - przeciw swej naturze - spokojni. Dusze z nich wyszły, a ciał nie mogły rozbudzić ani surmy do bitwy, ani brzęk kielichów do uczty.