-Czego ode mnie chcesz?
-Bądź uczciwy!...
Umilkli oboje i nastała cisza. Słychać było tylko sapanie pana Andrzeja. Ostatnie słowa Oleńki przedarły jednak pancerz pokrywający jego sumienie. Czuł się upokorzony. Nie wiedział, co jej odrzec, jak się bronić. Potem począł chodzić szybkimi krokami po izbie; ona siedziała nieruchomie. Zawisła nad nimi niezgoda, rozjątrzenie i żal. Było im ze sobą ciężko, i to długie milczenie stawało im się coraz nieznośniejsze.
-Bądź zdrowa! - rzekł nagle Kmicic.
-Jedź waćpan i niech cię Bóg natchnie inaczej! - odrzekła Oleńka.
-Pojadę! Gorzki mi był twój napitek, gorzki chleb! Żółcią i octem mnie tu napojono!
-A waćpan to myślisz, żeś mnie słodyczą napoił? - odrzekła głosem, w którym drgały łzy.
-Bądź zdrowa!
-Bądź zdrów...
Kmicic postąpił ku drzwiom, nagle zwrócił się i poskoczywszy ku niej, chwycił ją za obie ręce:
-Na rany Chrystusa! czy ty chcesz, żebym trupem w drodze z konia spadł?
Wówczas Oleńka wybuchnęła płaczem; on objął ją i trzymał w ramionach całą dygocącą, powtarzając przez zaciśnięte zęby:
-Bijże mnie, kto w Boga wierzy! bij, nie żałuj!
Na koniec wybuchnął:
-Nie płacz, Oleńka! Dla Boga, nie płacz! Com ci winien? Uczynię wszystko, co chcesz. Tamtych wyprawię... w Upicie załagodzę... będę żył inaczej... bo cię miłuję... Dla Boga! serce mi się rozpuknie... uczynię wszystko, jeno nie płacz... i miłuj mnie jeszcze...