Kmicic widocznie zawstydził się tych sprawek lubickich, bo spuściwszy głowę spytał cichszym już głosem:
-Kto ci o owym strzelaniu mówił?
-Wszystka szlachta z okolicy o tym mówi.
-Zapłacę ja tym szarakom, zdrajcom, za życzliwość! - odparł posępnie Kmicic. -Ale to stało się po pijanemu... w kompanii... jako że żołnierze pohamować się w ochocie nie umieją. A co do dziewcząt, to jam ich nie ciągał.
-Wiem, że to owi bezwstydnicy, owi zbóje do wszystkiego waćpana podmawiają...
-To nie zbóje, to moi oficyjerowie...
-Jam tym waćpana oficyjerom kazała pójść precz z mego domu!
Oleńka spodziewała się wybuchu, tymczasem z największym zdziwieniem spostrzegła, że wiadomość o wypędzeniu kompanionów żadnego na Kmicicu nie uczyniła wrażenia, a nawet, przeciwnie, zdawała mu się humor poprawiać.
-Kazałaś im pójść precz? - spytał.
-Tak jest.
-A oni poszli?
-Tak jest.
-Dalibóg, kawalerska w tobie fantazja! Okrutnie mi się to podoba, bo niebezpieczna rzecz z takimi ludźmi zadrzeć. Niejeden już ciężko za to zapłacił. Ale i oni znają mores przed Kmicicem!... Widzisz! wynieśli się pokornie jak barankowie - widzisz! a czemu? bo się mnie boją!
Tu pan Andrzej spojrzał chełpliwie na Oleńkę i wąsa począł podkręcać; ją zaś rozgniewała do reszty ta zmienność humoru i ta niewczesna chełpliwość, więc rzekła wyniośle i z naciskiem: