-Bóg waćpana będzie błogosławił - zawołała Oleńka - jeśliś sprawiedliwość, jako się godzi, uczynił!
-Jeślim uczynił?...
Tu pan Andrzej skrzywił się jak student, który ma się do winy przyznać, i czuprynę począł ręką na oczy nagarniać.
-Mój królu! - zawołał wreszcie żałosnym głosem - mój klejnocie!... nie gniewaj się na mnie...
-Cóżeś znów waćpan uczynił? - pytała niespokojnie Oleńka.
-Kazałem dać po sto batożków burmistrzowi i radnym! - wyrecytował jednym tchem pan Andrzej.
Oleńka nie odrzekła nic, jeno ręce wsparła na kolanach, głowę spuściła na piersi i pogrążyła się w milczeniu.
-Zetnij szyję! - wołał Kmicic - ale nie gniewaj się!... Jeszczem wszystkiego nie wyznał...
-Jeszcze? - jęknęła panna.
-Bo to oni potem posłali do Poniewieża o pomoc. Przyszło sto głupich pachołków z oficyjerami. Tych przepłoszyłem, a oficyjerów... na Boga, nie gniewaj się!... kazałem gołych pognać kończugami po śniegu, tak jakem raz panu Tumgratowi w Orszańskiem uczynił...
Billewiczówna podniosła głowę; surowe jej oczy pałały gniewem, a purpura wystąpiła na policzki.
-Waćpan nie masz wstydu i sumienia! - rzekła.
Kmicic spojrzał zdziwiony, zamilkł na chwilę, po czym spytał zmienionym głosem:
-Prawdęli mówisz czy udajesz?