Kmicic pociągnął dobrze polewki, odetchnął i rzekł:
-Muszę opowiadać od początku. Było tak: Upominali się łyczkowie z burmistrzem o asygnacje na prowianty od hetmana wielkiego albo od pana podskarbiego. "Waćpanowie (mówili żołnierzom) jesteście wolentarzami i eksakcji nie możecie czynić. Kwatery dajem z łaski, a prowianty damy wtedy, gdy się okaże, że nas zapłacą."
-Mieli słuszność, czy nie mieli?
-Słuszność wedle prawa mieli, ale żołnierze mieli szable, a po staremu, kto ma szablę, ten ma zawsze lepszą rację. Powiadają wtedy łyczkom: "Zaraz my tu na waszej skórze wypiszemy asygnacje!" I wnet stał się tumult. Burmistrz z łyczkami zatarasowali się w ulicy, a moi ich dobywali; nie obeszło się bez strzelaniny. Zapalili niebożęta żołnierze dla postrachu parę stodół, kilku też łyczków uspokoili...
-Jak to uspokoili?
-Kto weźmie szablą po łbie, to i spokojny jak trusia.
-Dla Boga! toż to zabójstwo!
-Właśniem na toż przyjechał. Żołnierze zaraz do mnie z narzekaniem i skargami na opresją, w jakiej żyją, że to ich niewinnie prześladują. "Brzuchy mamy puste - mówili - co nam czynić?" Kazałem burmistrzowi, by się stawił. Namyślał się długo, ale wreszcie przyszedł z trzema innymi. Kiedy to nie zaczną płakać: "Niechby już i asygnacji nie dawali - prawią - ale czemu biją, czemu miasto palą? Jeść i pić bylibyśmy dali za dobre słowo, ale oni chcieli słoniny, miodów, specjałów, a my sami, ubodzy ludzie, tego nie mamy. Prawem się będziemy bronić, a wasza mość przed sądem za swoich żołnierzy odpowiesz."

NR: WJZYVPM WJXVPYM WJXPBBM WJVKPYM WJGJYGM