-Trzeba szczerą prawdę wyznać - mruczał pod nosem - nie ma rady, choćby kompania mieli się śmiać, że mnie tu już na pasku wodzą...
I znów chodził, i znów czuprynę na czoło nagarniał, wreszcie zniecierpliwił się, że dziewczyna długo nie wraca.
Tymczasem pacholik wniósł światło, pokłonił się w pas i wyszedł, a potem zaraz weszła wdzięczna gosposia niosąc sama w obu rękach błyszczącą cynową tacę, na niej garnuszek, z którego wychodziła wonna para zagrzanego węgrzyna, i pucharek rżnięty ze szkła, z herbem Kmiciców. Stary Billewicz dostał go w swoim czasie od ojca pana Andrzeja, gdy u niego w gościnie bawił.
Pan Andrzej, ujrzawszy gosposię, poskoczył ku niej.
-Hej! - zawołał - rączyny obiedwie zajęte, nie wymkniesz mi się.
I przechyli się przez tacę, a ona cofała swą jasną główkę bronioną tylko przez opar wychodzący z garnuszka.
-Zdrajca! dajże waćpan spokój, bo upuszczę polewkę...
Ale on się groźby nie uląkł, po czym zakrzyknął:
-Jak Bóg w niebie, od takich delicyj rozum może się pomieszać!
-Waćpanu dawno już się pomieszał... Siadaj, siadaj!
Usiadł posłusznie, ona zaś nalała mu polewki w pucharek.
-Mówże teraz, jakeś to w Upicie winnych sądził?
-W Upicie? Jako Salomon!
-To i chwała Bogu!... Na sercu mi to, żeby wszyscy w okolicy mieli waćpana za statecznego i sprawiedliwego człowieka. Jakże to tedy było?