-Uważcie, mości panowie - mówił Kokosiński - jakie tu chłopy rosłe; jeden w drugiego jak tur, a każdy wilkiem patrzy.
-Żeby nie ten wzrost i żeby nie szabliska, można by ich wziąć za chamów - rzekł Uhlik.
-Obaczcie no te szablice! czyste powyrki, jak mi Bóg miły! - zauważył Ranicki. -Chciałbym się z którym poprobować!
Tu pan Ranicki począł gołą dłonią szermować.
-On by tak, ja bym tak! On by tak, ja bym tak - i szach!
-Łatwo sobie możesz owo gaudium uczynić - zauważył Rekuć. -Z nimi nie trzeba wiele.
-Wolałbym się ja z tymi oto dziewczętami poprobować! - rzekł nagle Zend.
-Świece, nie panny! - wykrzyknął z zapałem Rekuć.
-Co waść mówisz: - świece? - sosny! A pyski u każdej jakoby krokoszem malowane.
-Ciężko i na szkapie usiedzieć na taki widok!
Tak rozmawiając wyjechali z zaścianka i znów ruszyli rysią. Po pół godziny drogi przybyli do karczmy zwanej Doły, która leżała na pół drogi między Wołmontowiczami i Mitrunami. Butrymi i Butrymówny zatrzymywali się w niej zwykle, idąc i wracając z kościoła, aby odpocząć i rozgrzać się w czasie mrozów. Toteż przed zajazdem spostrzegli kawalerowie kilkanaście sani wysłanych grochowinami i tyleż koni posiodłanych.
-Napijmy się gorzałki, bo zimno! - rzekł Kokosiński.