Na koniec pan Kokosiński rzekł przerywanym wściekłością głosem:
-Kiedy nas tu tak wdzięcznie przyjęto... to... nie pozostaje nam nic innego... jak pokłonić się... politycznej gospodyni i pójść... dziękując za gościnę...
To rzekłszy skłonił się czapką z umyślną uniżonością aż do ziemi, a za nim kłaniali się i inni i wychodzili kolejno. Gdy drzwi zamknęły się za ostatnim, Oleńka upadła, wyczerpana, na krzesło, dychając ciężko, bo nie miała tyle sił, ile odwagi.
Oni zaś zgromadzili się na radę przed gankiem, naokół koni, ale żaden nie chciał pierwszy przemówić.
Wreszcie Kokosiński rzekł:
-Cóż, mili barankowie?
-A cóż?
-Dobrze wam?
-A tobie dobrze?
-Ej, żeby nie Kmicic! ej, żeby nie Kmicic! - rzekł Ranicki zacierając konwulsyjnie ręce - pohulalibyśmy tu z panienką po naszemu!...
-Idź, zadrzyj z Kmicicem! - zapiszczał Rekuć. -Stań mu!
Ranickiego twarz, jak skóra rysia, cała była już pokryta piętnami.
-I jemu stanę, i tobie, warchole, gdzie chcesz!
-A to i dobrze! - rzekł Rekuć.
Obaj porwali się do szabel, ale olbrzymi Kulwiec-Hippocentaurus wtoczył się pomiędzy nich.
-Na tę pięść! - rzekł potrząsając jakby bochnem chleba - na tę pięść! - powtórzył - pierwszemu, który szablę wyciągnie, łeb roztrzaskam!