-Co u was słychać? - pytała panienka.
Chłop kiwnął ręką.
-At! pana nie ma...
-To wiem, że jest w Upicie. Ale w domu co się dzieje?
-At!...
-Słuchaj, Znikis, mów śmiele, włos ci z głowy nie spadnie. Mówią, że pan dobry, jeno kompania swawolniki?
-Żeby to, jasna panieńka, swawolniki!
-Mów szczerze.
-Kiedy, panieńka, mnie nie wolno... ja się boja... Mnie zakazali.
-Kto zakazał?
-Pan...
-Tak?! - rzekła panna.
Nastała chwila milczenia. Ona chodziła spiesznie po pokoju, ze ściśniętymi ustami i namarszczoną brwią, on śledził za nią oczyma.
Nagle stanęła przed nim.
-Czyj ty jesteś?
-A billewiczowski. Jać z Wodoktów, nie z Lubicza.
-Nie wrócisz więcej do Lubicza... tu zostaniesz. Teraz rozkazuję ci gadać wszystko, co wiesz!
Chłop, jak stał w progu, tak rzucił się na kolana.
-Panieńka jasna, ja tam nie kcę wracać, tam sądny dzień!... To, panieńka, zbóje i zbereźniki, tam człek dnia i godziny niepewny.
Billewiczówna zakręciła się w miejscu, jakby strzałą ugodzona. Pobladła bardzo, ale spytała spokojnie:
-Prawdali to, że strzelali w izbie do wizerunków?
-Jak nie strzelali! I dziewki ciągali po komnatach, i co dzień ta sama rozpusta. We wsi płacz, we dworze Sodoma i Gomora! Woły idą na stół, barany na stół!... Ludzie w ucisku... Stajennego wczoraj niewinnie rozszczepili.