-A przeprowadzić no go! - krzyknął Kmicic. -Albo nie! czekaj, ja sam siądę!
Żołnierze podali konia i pan Andrzej siadłszy począł go objeżdżać wedle kołowrotu. Pod biegłym jeźdźcem koń wydał się jeszcze dwakroć piękniejszy. Śledziona grała w nim, gdy szedł rysią, oczy wypukłe nabrały blasku, i zdawało się, że chrapami wyrzuca ogień wewnętrzny, a grzywę wiatr mu rozwiał. Pan Kmicic zataczał koła, zmieniał chody, na koniec najechał tuż na księcia, tak że chrapy konia nie były dalej jak o krok od jego twarzy, i krzyknął:
-Alt!
Koń wsparł się czterema nogami i stanął jak wryty.
-A co? - rzekł Kmicic.
-Jak to powiadają: oczy i nogi jelenia, chód wilka, chrapy łosia, a pierś niewiasty! - rzekł książę Bogusław. -Jest wszystko, co potrzeba. I komendę rozumie niemiecką?
-Bo go objeżdżał mój kawalkator, Zend, który był Kurlandczyk.
-A ścigła szkapa?
-Wiatr waszej królewskiej mości na nim nie dogoni! Tatarzyn przed ni nie ujdzie!
-Grzeczny musiał być kawalkator, bo widzę, że i wyjeżdżony koń bardzo.
-Czy wyjeżdżony? Wasza książęca mość nie uwierzy! Tak on chodzi w szeregu, że gdy szereg idzie skokiem, możesz wasza książęca mość cugle puścić, a on się o pół chrapów z szeregu nie wysunie. Jeśli wasza książęca mość raczy spróbować i jeśli się na dwóch stajach choć o pół łba wysunie, to go darmo oddam.